Favignana przez wieki była ważnym ośrodkiem połowu tuńczyka - działała tam ogromna historyczna tonnara (fabryka i system połowu tuńczyków). dzisiaj - to miejsce, które przyciąga swoim bardziej karaibskim niż europejskim klimatem z uwagi na kolor wody oraz lokalny klimat, spokojem i kompaktowością.
bilety na wodolot i prom kupuję kilka tygodni wcześniej przez stronę openferry.com. przed 9 jesteśmy na terminalu Fast Ferry Liberty Lines. wodolot o czasie, pół godziny później jesteśmy w porcie. od razu dopadają nas lokalni nagabywacze z ofertą rowerów, skuterów, pamiątek. rower - a i owszem - mamy w planie. z racji tego, że i ja i Mama w codziennym funkcjonowaniu śmigamy na jednośladach - bierzemy zwykłe, najzwyklejsze. profil wyspy obczaiłam na mapach już wcześniej, więc wiem, że tam, gdzie chcemy dojechać - trasa nie będzie mocno wymagająca. wypożyczenie roweru trwa 5 minut i kosztuje 5 EUR za dzień.
mamy środek transportu - ruszamy. przecinamy lokalną starówkę i zatrzymujemy się przy sklepie na małe zakupy. w ramach zestawu piknikowego kupuję nam kawałek sycylijskiego sera, lokalne salami, kiełbasę z migdałami, oliwki, panini, zapas wody, ciasteczka maślane, krem pistacjowy. z worem jedzenia w koszyku - ruszamy w kierunku Cala Azurra - Błękitnej Zatoki, jednej z najładniejszych (ale nie najładniejsza) miejscówek na plażing. po drodze mija nas może 2 samochody, a tak - cisza jak makiem zasiał, piękna roślinność, pasące się krowy, klimatyczne wille.
dojeżdżamy nad zatokę, parkujemy rowery (w pakiecie dostaje się też zabezpieczenie) i idziemy na plażę. słońce praży, szum fal koi głowę, rozkładamy żywieniowy majdan i zjadamy śniadanie. idę zakończyć sezon morsowy i dreptam wzdłuż klifu w krystalicznie czystej wodzie, a Mama tresuje jaszczurkę, żeby się do niej nie zbliżała.
dzisiaj w planie dzień na chillowanie, więc nigdzie nam się nie spieszy. prom powrotny mamy o 17, więc czasu a czasu. jak nas już dobrze wysmażyło, zbieramy manatki i ruszamy w kolejnym kierunku. teraz czas na Cala Rossa - Czerwoną Zatokę. nazwa nawiązuje najpewniej do krwi przelanej podczas starożytnych bitew morskich między Rzymianami a Kartagińczykami w okolicy Wysp Egadzkich. charakterystyczne geometryczne ściany i tarasy skalne, które można obserwować w okolicy to pozostałość dawnych kamieniołomów wapienia działających na wyspie przez stulecia.
dojeżdżamy na miejsce i mój mózg wariuje. od natężenia turkusu na metr kwadratowy. kocham ten kolor, kocham połączenie z niebem, piaskiem, skałami, kontrast z wielobarwną roślinnością. patrzę jak zaczarowana, działa na mnie lepiej niż najlepsza terapia.
wbijamy do pobliskiego baru po sok pomarańczowy świeżo wyciskany i chłoniemy lokalny krajobraz. dawno nie widziałam tak idealnego odcienia turkusu i takiego wyrazistego koloru. schodzimy w kierunku plaży, chociaż plaża to złe określenie, bo nie ma tam piaszczystego wybrzeża, a dość ostre skały. lokujemy się na skałkach i kontemplujemy piękno krajobrazu.
po jakiejś godzinie ruszamy w kierunku miasteczka przez lokalne ścieżki, a potem asfaltówką w kierunku wybrzeża. wtem postanawiam się zatrzymać, żeby upewnić się, że obrany azymut jest słuszny. korzystam z czegoś, czego w moim rowerze ostatnio nie miałam, a mianowicie hamulców i droga staje się pasem startowym, a ja niespodziewanie zaczynam swój lot. koniec końców przez kierownicę, a nie w przestworza, więc skończyło się na stłuczeniach i otarciach. także z wyjazdu wracam pogryziona przez konia, spalona na raka, poobijana, poobdzierana, ale przynajmniej żywa i w jednym kawałku. a co najważniejsze - z podreperowaną kondycją psychiczną :D
moja mini apteczka idzie w ruch, trochę się spłukuję wodą, zalepiam rany, otrzepuję z kurzu i jedziemy dalej. w miasteczku oddajemy rowery do wypożyczalni i idziemy szukać miejscówki z jakąś lemoniadą i cannoli. cannoli to chrupiące smażone rurki wypełnione kremem na bazie ricotty - jeden z najsłynniejszych sycylijskich deserów. siedzimy w lokalnym barze, ciesząc się z miejscówki w cieniu. potem idziemy na miejską plażę, Mama dopieka nos na słońcu, a ja pochłaniam kolejne strony lektury.
przed 17 ruszamy do portu, upewniam się, skąd ma odpłynąć nasz statek. okazuje się, że to prom samochodowo-pasażerski, więc nieco większy niż wcześniejszy. z tą różnicą, że co najmniej godzinę opóźniony. nieco zmęczone, cierpliwie czekamy, nie ma wyjścia. namierzam w końcu ten prom na vessel trackerze i obserwuję jak po mału zmierza w naszym kierunku.
na promie pakujemy na górny, odkryty pokład. słonko świeci (a jakże..), morska bryza przyjemnie powiewa, godzina rejsu upływa dość szybko.
w Trapani, z portu idziemy w poszukiwaniu miejscówki na kolację. lokujemy się w ristorante na deptaku. ja zamawiam (nie inaczej) Pasta alla Norma - spaghetti z bakłażanem w sosie pomidorowym, typowo sycylijski makaron, a mama grillowanego miecznika z frytkami. po kolacji krótki spacer na cypel z widokiem na spektakularny zachód słońca mieniący się fuksją i fioletem.
wtorek zaczynamy standardowo ok. 7. wyjadamy na śniadanie to, co zostało z pikiniku, pakujemy graty i idziemy szukać taksówki. klucze zgodnie z instrukcją zostawiamy w mieszkaniu, schodzimy do wyjścia z klatki schodowej i nagle klops - drzwi zatrzaśnięte. ani wrócić po klucze, bo do mieszkania już się nie dostaniemy, ani co... na szczęście coś się po prostu przyblokowało i mocniejsze szarpnięcie sprawiło, że drzwi puściły :D uratowane!
idziemy w okolice portu polować na taxi. plan jest taki, żeby dojechać do dolnej stacji kolejki linowej - Funivia Trapani-Erice. łapiemy taxi i 10 minut później siedzimy w wagoniku na wzgórze (koszt biletu15 EUR góra/dół).
Erice to średniowieczne miasteczko położone wysoko na górze nad Trapani, z którego roztacza się spektakularny widok na morze i Wyspy Egadzkie. miasto ma bardzo stare korzenie - istniało już w czasach Elymów, Fenicjan i Rzymian, a później rozwinęło się pod panowaniem Normanów. słynie z kamiennych uliczek, średniowiecznych murów i często pojawiającej się mgły, która nadaje mu niemal baśniowy klimat. nam trafia się piękna, bezchmurna panorama. jednym z najważniejszych miejsc jest zamek Castello di Venere, zbudowany na miejscu starożytnej świątyni poświęconej bogini Wenus. Erice jest też znane z tradycyjnych sycylijskich słodyczy i małych cukierni ukrytych wśród starych zaułków. my za to postanawiamy zrobić małe pamiątkowe zakupy.
w miasteczku spędzamy około godziny wędrując klimatycznymi uliczkami, po czy wracamy do stacji kolejki i zjeżdżamy do miasta. sam przejazd kolejką zajmuje ok. 10 minut, a panorama jest naprawdę zachwycająca.
teoretycznie spod dolnej stacji kolejki do portu jeździ autobus nr 21. w praktyce zero oznaczeń i rozkładu na przystanku, a z uwagi na kurczący się czas - wolę nie ryzykować i wydzwaniam taksówkę. kierowca podjeżdża za 5 minut i dowozi nas do portu, gdzie jest przystanek, z którego odjeżdżają autobusy na lotnisko. najbliższy jest za 30 minut, więc cierpliwie czekamy. o dziwo jest punktualnie i po 45 minutach jazdy meldujemy się na lotnisku. szybka odprawa, ostatnie zakupy w bezłcówce i kierunek Lublino.
myślę sobie, że na tym wyjeździe skorzystałyśmy z większości możliwych i dostępnych środków transportu (wodolot, prom, autobus, taxi, kolejka linowa, rower, samolot). z żadnego wyjazdu nie wróciłam w takiej fizycznej ruinie, ale za to z tak porządnie przewietrzoną głową. Sycylia jest zachwycająca, egzotyczna i zaskakująca na każdym kroku. do następnego! Arrivederci! ;)
.jpeg)

.jpeg)
.jpeg)



.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)

.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)


.jpeg)
.jpeg)

.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)

.jpeg)

.jpeg)
.jpeg)


.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)

.jpeg)

.jpeg)
.jpeg)

.jpeg)

.jpeg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz