jakiś czas temu pomyślałam sobie, że jakby przywrócili połączenie lotnicze z Lublina do Holandii, to bym spełniła swoje, odkładane przez ładnych kilka lat, marzenie o wyprawie do Keukenhof - najsłynniejszego ogrodu tulipanowego. puściłam intencję we wszechświat i w niedługim czasie widzę info 'nowe połączenie w siatce lubelskiego lotniska - powraca Holandia'. co prawda miałam na myśli Eidhoven, ale widzę - jest Maastricht. słowo się rzekło - Holandia to Holandia. bez większego zastanawiania się, sprawdziłam loty i wybór padł na połowę kwietnia. czas idealny, bo to połowa sezonu tulipanowego.
w mojej głowie zrodził się cały plan wycieczki. przy okazji jakiegoś szkolenia, opowiadam go Koleżance, na co Gosia 'Kiniaaa mogę jechać z tobą?!' oczy miała jak kot ze Shreka, a dzień później bilety w skrzynce.
trzy miesiące później, w piątkowe popołudnie wbijamy na lubelski przystanek lotniczy i fruuuu do tulipanowego raju. w Maastricht lądujemy ok. 20. lotnisko pośród pól, zatem pierwszy powiew holenderskiego wiatru pachnie gnojówką... :D oczarowane aromatem idziemy szukać przystanku i autobusu w kierunku miasta. autobus nr 30 był za 20 minut, a po jakiś 25 minutach podróży wysiadamy na końcowym - przy dworcu kolejowym. hostel mamy minutę od dworca. rezerwując nocleg byłam przekonana, że mamy pokój wieloosobowy, a tu miła niespodzianka - dwuosobowa kapsuła przypominająca saunę. w sumie jakby z niej wyjąć materace a wstawić jakiś piecyk i brzozowe witki to by to swoja funkcję spełniło.
zameldowane idziemy szukać jakiegoś jedzenia. jest już po 21, pan z recepcji mówi, że już wszystko zamknięte. ale nic to - chociaż zrobimy spacer. idziemy w kierunku dworca, kiosk w stylu ichniejszej Żabki otwarty - więc coś do picia i na przegryzkę się znalazło. obok niezawodny kebab. ja kebabów nie tykam, Gosia wegetarianka - więc solidarnie bierzemy haloumi w picie, z warzywami i frytki. kolacja pożywna, można iść spać. hostel (The Green Elephant Hostel) czysty, mimo obłożenia cicho i spokojnie.
w sobotę pobudka ok. 7 a o 8.30 mamy Flixbus do Amsterdamu. początkowo plan miałam na podróże pociągami, bo Holandia jest mocno kolejowym krajem, ale w ten weekend sporo komunikacji zastępczej z uwagi na prace modernizacyjne i do Amsterdamu czekałaby nas podróż z 3 przesiadkami. zatem zielony bus nas zgarnia i jedziemy. czeka nas 3 godziny podróży + 1,5 gratis... korek na autostradzie, bo dwa pasy zamknięte pod Utrechtem. dobrze, że wzięłam nam 3 h zapasu, więc o dalsze plany byłam spokojna, ale bliższym planem było spotkanie ze Znajomą i tu czas naglił. Gal miała daleką podróż przed sobą, ale mimo wszystko znalazła dla nas chwilkę na wspólną kawę.
do Amsterdamu wjechałyśmy na stację Bijmler Arena w południowej części miasta, kawa umówiona w okolicy De Pijp. dwie linie metra, 30 minut i jesteśmy na miejscu. z Gal mamy pół godziny i lecimy w kierunku Europaplein skąd odjeżdżają autobusy do Keukenhof. bilety kupiłam wyprzedzeniem, na godzinę 15. koszt biletu wstępu wraz z przejazdówką z i do Amsterdamu to 38 EUR.
na stacji De Pijp metro pomachało do nas ogonkiem, a w zasadzie odjechało bez słowa - jeszcze wciskałam przycisk otwierania drzwi, ale kolejka postanowiła odjechać. mamy 15 minut, kolejna kolejka jest za 5, a jeszcze podróż i znalezienie przystanku... czuję lekki stres, ale trzymam się myśli, że zdążymy i już. i... zdążyłyśmy. ze stacji metra wyjście jest prosto na przystanek linii 852. dwie minuty później siedzimy w autobusie a 14.53 odjazd. uffff... udało się! :D
od teraz włączamy tryb chilloutu i jedziemy cieszyć się tulipanowymi widokami. podróż do Keukenhof trwa nieco dłużej (ok. 50 minut, a normalnie powinna ok. 30), ale ruch i korki. mijamy Schiphol, podziwiamy tulipanowe dywany po drodze i dłuższą chwilę później jesteśmy pod bramą tulipanowego raju.
ludziiiii ogrom. rzeka. tłum. ale co się dziwić - możliwości odwiedzenia tego miejsca są ograniczone (w tym roku 19/03-10/05, zawsze trzeba sprawdzać, kiedy planowane są terminy otwarcia ogrodu na dany rok), więc tłumy są nieuniknione. bierzemy małą mapkę i ruszamy przed siebie, płynąc wraz z tłumem. Keukenhof został założony w 1949 r. z inicjatywy L. J. M. van den Berg, ówczesnego burmistrza miasta Lisse, by okoliczni ogrodnicy i hodowcy kwiatów mogli prezentować swoje rośliny. pierwsze otwarcie ogrodu dla zwiedzających odbyło się w 1950 roku. miejsce to jest domem dla ponad 800 gatunków tulipanów (co ciekawe tulipany do Holandii przywędrowały z Azji), a co roku sadzone jest ok. 7 000 000 cebulek tych kolorowych roślin.
ogród składa się z wielu kompozycji, przypominających misternie tkane dywany, niektóre rabaty są przeplatane hiacyntami, co sprawia, że obszar ten przepięknie pachnie. dodatkowo można spotkać wiele innych wiosennych odmian kwiatów jak narcyzy, żonkile, fiołki. zwiedzać można pieszo, można także wybrać się na rejs łódką po kanałach. na miejscu dostępne są różne pawilony z tematycznymi wystawami, strefami gastro, toaletami. wszystko doskonale oznaczone z obsługą pomocną na każdym kroku. jednym z pawilonów, który mnie urzekł to Julia - storczykarnia, gdzie mnogość gatunków, barw i aranżacja tego miejsca jest niesamowita.
zawsze, ale to zawsze powtarzam, że ja mam szczęście do pogody. nawet jeśli pada deszcz to on nadaje danej lokalizacji klimat. i tak było też tym razem. spodziewałyśmy się przelotnych opadów, więc zaopatrzone byłyśmy w pelerynki przeciwdeszczowe. w pewnym momencie, widząc, że niebo robi się coraz bardziej pochmurne - myślę sobie, że ten deszcz musi spaść. wtedy ta rzeka ludzi popłynie do wyjścia, a my zostaniemy same :D iiiii tak też się stało. jakiś większy opad spadł w czasie, gdy poszłyśmy uzupełnić trochę straconych kalorii, a jak posilone ruszyłyśmy dalej - alejki mocno opustoszały. może nie całkiem zupełnie, ale na tyle, że można było w spokoju kontemplować piękno miejsca.
nieuchronnie zbliżała się 19 - pora zamknięcia Keukenhof i pora powrotu do Amsterdamu. jak przyjechałyśmy na miejsce popołudniu - kolejka na powrotny autobus miała ok. 200 m. jak wychodziłyśmy wieczorkiem - bez problemu załapałyśmy się na najbliższy.
ogólnie muszę powiedzieć, że nasze szczęście do komunikacji miejskiej nas nie opuszczało. na ogół jak tylko wpadałyśmy na stację metra, to za minutę była kolejka (nawet w przedziałach czasowych, gdzie pociągi jeździły rzadziej). wszędzie udało się zdążyć. jedyny czas w pośpiechu to sobotnie południe z uwagi na opóźnienia autobusu, a potem... chiiiiiillllll.
ok. 20 wracamy do centrum Amsterdamu, łapiemy metro w kierunku Bijmler i idziemy szukać naszego hostelu (Hostelle - hostel tylko dla kobiet). tym razem lądujemy w 12 osobowym, różowym w motyw pączków - pokoju. wchodzimy - drzwi otwarte na oścież i czuć zapach zioła. jedna z lokatorek mówi, żeby zostawić drzwi uchylone - niech się pokój wietrzy, bo śmierdzi trawą. trochę się wywietrzyło, ale jak wbiła współlokatorka z łóżka nade mną - znów pojawił się specyficzny ziołowy zapach :D zdecydowanie oprócz przylotniskowej gnojówki i keukenhofskich hiacyntów - Holandia (dla mnie) pachnie jeszcze marihuaną.
niedzielę zaczynamy niespiesznie. ok. 9 wyruszamy z hostelu w kierunku stacji metra, a dalej De Pijp. spacerujemy tu i tam podziwiając kanały. przy Rijskmuseum polujemy na lokalny street-food w ramach śniadania. ja się skusiłam na hot-dog, Gosia croissanta, do tego kawa. i wystawiając nosy do słońca podziwiamy okolicę.
przed południem mamy zaplanowane odwiedziny u Vincenta - czyli wbijamy do Muzeum Van Gogha. 3 poziomy ekspozycji twórczości Van Gogha, jest też sporo obrazów innych artystów (w tym widziałyśmy 2 dzieła Claude'a Moneta). nie znam się na sztuce, ale lubię żywe, kolorowe obrazy, a Van Gogh słynął z zabawy kolorami. miałam okazję podziwiać jego dzieła w wydaniu 3D, byłam na cudnej wystawie immersyjnej w Londynie - teraz pora spojrzeć na oryginały. Van Gogh słynął z autoportretów. mnie zdziwiło jak 'płodnym' artystą był, bo ilość obrazów, które potrafił namalować jednego roku jest zaskakująca (pozostawił po sobie ok. 900 dzieł, co na 10 lat aktywności daje średnio 90 dzieł w rok). ja najbardziej czekałam na Słoneczniki. dreptamy po wystawach, czekam i czekam, ostatnie piętro, ostatnia sala, a żółtych badyli jak nie było tak nie ma. myślę sobie - oszukali mnie! ale doczytałam w końcu, że są na wystawie tymczasowej na parterze. śmiałam się potem, że w sumie dobrze, że jej nie odwiedziłyśmy na dzień dobry, bo jakbym zobaczyła Słoneczniki - mogłabym już opuścić muzeum :D na pamiątkę kupiłam sobie (uwaga, uwaga!) kubek w słoneczniki. bilety także i tutaj warto kupić on-line z wyprzedzeniem, unika się wtedy rozczarowania, że nie ma już wejściówek na dany dzień.
od Vincenta ruszamy w miasto i obszar kanałów. Amsterdam to miasto mostów i kanałów, łódek, wąskich kamieniczek (fasady są wąskie - to pozostałość po konieczności płacenia podatku, liczonego na podstawie szerokości frontowej fasady). charakterystyczne w architekturze miasta są też belki wystające poza obrys budynku, z hakiem. ułatwiają transportowanie np. mebli do mieszkań (wąska fasada = wąskie schody i trudność we wnoszeniu domowego wyposażenia).
nagle moją uwagę przykuwają łódki pływające po kanałach, płaskodenne, podobne jak w Kopenhadze, ale... na tyle mają coś, co wygląda jak WC :D idę do kasy biletowej i pytam, czy łódki są wyposażone w WC, pani mówi, że tak :D drugie pytanie - kiedy najbliższy rejs - za pół godziny. świetnie - poproszę dwa bilety :D kto z Zielnicką kibla nie szukał, ten życia nie zna... najlepiej, dla spokoju mojej głowy, do każdego środka lokomocji doczepić toi-toi i możemy ruszać na koniec świata. w przeciwnym razie - moją mapę podróży wyznaczają dostępne po trasie toalety. na ogół po prostu wystarczy świadomość, że są... :D
przed rejsem parkujemy w okolicznym pubie i zamawiamy lokalny trunek zwany Heineken. nie jestem fanką jasnych piw, ale będąc w Holandii należy spróbować wszystkich lokalnych możliwości.
13.30 wbijamy na pokład łódki i ruszamy w rejs po kanałach. niezmiennie uważam, że jest to rewelacyjna droga, by poznać miejskie smaczki i zobaczyć lokalny świat z innej perspektywy, docierając często w miejsca, gdzie pieszo by się nie dotarło. rejs trwał 70 minut, w uchu audio guide, a dookoła cudne kadry.
po rejsie ruszamy dalej na spacer, tym razem w kierunku Targu Kwiatowego. kupuję cebulki tulipanów dla mojej Zielonkowej i małymi krokami zmierzamy w kierunku stacji metra. rzecz jasna im bliżej, tym bardziej stwierdzam, że trzeba znaleźć WC, więc jeszcze się kręcimy w poszukiwaniu Mc Donald's. ahhh mówiąc o Mc Donald's zapomniałam dodać, że kontynuowałam swoje badania naukowe nad cheesburgerami (tytuł pracy: cheesburgery dookoła świata). wszędzie - tak i w Holandii smakują zaskakująco podobnie :D
wbijamy w metro i przebijamy się na totalnie drugi koniec miasta na stację Sloterdijk, skąd mamy Flixbus do Maastricht. autobus o czasie, pan na wstępie informuje, że toaleta jest wyłączona z użytku z uwagi na zmianę trasy poprzedniego kursu i brak możliwości jej opróżnienia na trasie. mój mózg nie lubi tej informacji i już opracowuje plany awaryjne, jak przetrwać 3 godziny... :D na kolejnej stacji dosiada się pokaźna grupa młodzieży z Włoch. jedna z dziewczyn dosiada się do mnie. spogląda w moją stronę i pyta czy mówię po włosku. mówię, że nie, ale angielsku. wzrusza ramionami, więc zaczynamy konwersację na Google Translate :D pytam skąd jest, odpowiada - Trapani. myślę sobie - coś mi to mówi, po czym nagle oświeca mnie, że przecież to moja kolejna destynacja :D zaczynamy wymianę zdań, proszę o lokalne polecajki. potem trochę o życiu, po czym zatapiamy się każda w swój świat. w sumie ona też w mój - komentując zdjęcia, które z nudów selekcjonuję w telefonie. zaaferowana całą sytuacją odsuwam myśli o niedziałającym sraczu i bez większych przygód docieramy do Maastricht.
jest już przed 23, a zameldować na naszej łajbie możemy się do 23.30, więc zamawiam nam Ubera i wysiadamy nad brzegiem Mozy drepcząc do naszego The Boatel. w recepcji wita nas pan w stylu hippisowskim, którego z uwagi na specyficzny uśmiech nazwałyśmy Myszorem, dopłacamy do śniadania na rano i idziemy pod pokład szukać kajuty. pokój mały i ciasny, ale własny, z mikro łazienką i toaletą, która była całkiem rozmowna, co jakiś czas bez powodu warcząc (chyba kwestia jakiegoś młynka/filtra). zostawiamy rzeczy i idziemy jeszcze na krótki spacer po okolicy, się trochę dotlenić.
po północy i dniu pełnym wrażeń - padamy jak muchy. nagle, po 4, budzi nas syrena alarmowa. mówię do Gosi, żeby wyłączyła budzik, aczkolwiek wydawał mi się nieco za głośny. Gosia zdezorientowana, że to nie jej budzik i co się dzieje. mówię, żeby włączyła światło, szukam okularów i myślę czy to oznacza, że mamy się ewakuować. kminię w głowie czy się ubierać, czy zawijać w kołdrę, że może bym buty ubrała, a może kurtkę i wzięła plecak, tuptam w koło jak pingwin po zniesieniu jaja. finalnie decyduję się otworzyć drzwi na korytarz. dwie starsze Niemki w pełnym rynsztunku z plecakami na grzbietach wychodzą, a ja i jakiś kolo z kajuty obok, stoimy zdezorientowani co tu robić... finalnie ktoś krzyczy, ze to fałszywy alarm, więc powracam do łóżka i przez jakiś czas próbuję technikami oddechowymi umiarowić rytm serca :D finalnie myślę, że jeśli ten alarm nie okazałby się fałszywy - albo byśmy się spaliły albo utonęły :D i to wcale nie jest śmieszne...
poniedziałek, mimo nocnych perturbacji, zaczynamy na spokojnie, zbieramy się do kupy, idziemy na małe śniadanie z widokiem na Mozę, obserwujemy przepływające barki, po czym dziękujemy za gościnę i ruszamy przed siebie. okazuje się, że jesteśmy dosłownie kilka chwil od starówki.
Maastricht to jedno z najstarszych miast w Holandii, położone na południu kraju nad rzeką Mozą. słynie z pięknej starówki, zabytkowych kościołów oraz klimatycznych uliczek. miasto odegrało ważną rolę w historii Europy, ponieważ podpisano tu Traktat z Maastricht - akt założycielski Unii Europejskiej. Traktat z Maastricht (podpisany w 1992 r.) wprowadził nazwę Unia Europejska, rozszerzył współpracę państw (np. o politykę zagraniczną) i zapoczątkował drogę do wspólnej waluty euro. Maastricht jest także ważnym ośrodkiem akademickim, w którym znajduje się renomowany Uniwersytet w Maastricht. to także doskonała baza wypadowa np. do Akwizgranu w Niemczech, czy Liege w Belgii. miasto jest świetnie skomunikowane z Amsterdamem, Brukselą.
spacerujemy to tu, to tam, w pewnym momencie moją uwagę przykuwa budynek kościoła, ale jakoś tak we wnętrzu widzę jakiś ruch - ludzie wchodzą, wychodzą, jakieś takie jakby stoiska w środku. zbliżamy się do wejścia i okazuje się, że to świątynia zaadaptowana na ogromną księgarnię. w takiej świątyni mogłabym spędzać sporo czasu. wnętrze jest klimatyczne, a w miejscu dawnego prezbiterium jest zrobiona kawiarnia. mega klimat!
powoli czas nam się kurczy, przebijamy się powoli na drugi brzeg Mozy, wbijamy jeszcze do Mc Donald's na jakąś przegryzkę, do sklepu z serami po małą pamiątkę i lokujemy w okolicy dworca. autobus nr 30 mamy za 20 minut, więc ideolo. stopniowo oswajamy myśl, że pora wracać. wysiadamy pod terminalem, idziemy na kontrolę bezpieczeństwa (mój przemycany w kieszeni kurtki ser Gouda przykuwa uwagę pani z kontroli) i czekamy cierpliwie na naszą różową landrynkę. lot spokojny, bez turbulencji, o czasie siadamy na lubelskim lotnisku i kończymy niderlandzką przygodę.

.jpeg)
.jpeg)

.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)

.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)



.jpeg)

.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)

.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)

.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)

.jpeg)

.jpeg)


.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)

.jpeg)


.jpeg)


.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)



.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)

.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)

.jpeg)

.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)

.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)