wtorek, 14 kwietnia 2026

tulipanowy zawrót głowy, czyli Holandia w pigułce


jakiś czas temu pomyślałam sobie, że jakby przywrócili połączenie lotnicze z Lublina do Holandii, to bym spełniła swoje, odkładane przez ładnych kilka lat, marzenie o wyprawie do Keukenhof - najsłynniejszego ogrodu tulipanowego. puściłam intencję we wszechświat i w niedługim czasie widzę info 'nowe połączenie w siatce lubelskiego lotniska - powraca Holandia'. co prawda miałam na myśli Eidhoven, ale widzę - jest Maastricht. słowo się rzekło - Holandia to Holandia. bez większego zastanawiania się, sprawdziłam loty i wybór padł na połowę kwietnia. czas idealny, bo to połowa sezonu tulipanowego. 

w mojej głowie zrodził się cały plan wycieczki. przy okazji jakiegoś szkolenia, opowiadam go Koleżance, na co Gosia 'Kiniaaa mogę jechać z tobą?!' oczy miała jak kot ze Shreka, a dzień później bilety w skrzynce. 

trzy miesiące później, w piątkowe popołudnie wbijamy na lubelski przystanek lotniczy i fruuuu do tulipanowego raju. w Maastricht lądujemy ok. 20. lotnisko pośród pól, zatem pierwszy powiew holenderskiego wiatru pachnie gnojówką... :D oczarowane aromatem idziemy szukać przystanku i autobusu w kierunku miasta. autobus nr 30 był za 20 minut, a po jakiś 25 minutach podróży wysiadamy na końcowym - przy dworcu kolejowym. hostel mamy minutę od dworca. rezerwując nocleg byłam przekonana, że mamy pokój wieloosobowy, a tu miła niespodzianka - dwuosobowa kapsuła przypominająca saunę. w sumie jakby z niej wyjąć materace a wstawić jakiś piecyk i brzozowe witki to by to swoja funkcję spełniło. 

zameldowane idziemy szukać jakiegoś jedzenia. jest już po 21, pan z recepcji mówi, że już wszystko zamknięte. ale nic to - chociaż zrobimy spacer. idziemy w kierunku dworca, kiosk w stylu ichniejszej Żabki otwarty - więc coś do picia i na przegryzkę się znalazło. obok niezawodny kebab. ja kebabów nie tykam, Gosia wegetarianka - więc solidarnie bierzemy haloumi w picie, z warzywami i frytki. kolacja pożywna, można iść spać. hostel (The Green Elephant Hostel) czysty, mimo obłożenia cicho i spokojnie. 

w sobotę pobudka ok. 7 a o 8.30 mamy Flixbus do Amsterdamu. początkowo plan miałam na podróże pociągami, bo Holandia jest mocno kolejowym krajem, ale w ten weekend sporo komunikacji zastępczej z uwagi na prace modernizacyjne i do Amsterdamu czekałaby nas podróż z 3 przesiadkami. zatem zielony bus nas zgarnia i jedziemy. czeka nas 3 godziny podróży + 1,5 gratis... korek na autostradzie, bo dwa pasy zamknięte pod Utrechtem. dobrze, że wzięłam nam 3 h zapasu, więc o dalsze plany byłam spokojna, ale bliższym planem było spotkanie ze Znajomą i tu czas naglił. Gal miała daleką podróż przed sobą, ale mimo wszystko znalazła dla nas chwilkę na wspólną kawę. 

do Amsterdamu wjechałyśmy na stację Bijmler Arena w południowej części miasta, kawa umówiona w okolicy De Pijp. dwie linie metra, 30 minut i jesteśmy na miejscu. z Gal mamy pół godziny i lecimy w kierunku Europaplein skąd odjeżdżają autobusy do Keukenhof. bilety kupiłam  wyprzedzeniem, na godzinę 15. koszt biletu wstępu wraz z przejazdówką z i do Amsterdamu to 38 EUR. 

na stacji De Pijp metro pomachało do nas ogonkiem, a w zasadzie odjechało bez słowa - jeszcze wciskałam przycisk otwierania drzwi, ale kolejka postanowiła odjechać. mamy 15 minut, kolejna kolejka jest za 5, a jeszcze podróż i znalezienie przystanku... czuję lekki stres, ale trzymam się myśli, że zdążymy i już. i... zdążyłyśmy. ze stacji metra wyjście jest prosto na przystanek linii 852. dwie minuty później siedzimy w autobusie a 14.53 odjazd. uffff... udało się! :D

od teraz włączamy tryb chilloutu i jedziemy cieszyć się tulipanowymi widokami. podróż do Keukenhof trwa nieco dłużej (ok. 50 minut, a normalnie powinna ok. 30), ale ruch i korki. mijamy Schiphol, podziwiamy tulipanowe dywany po drodze i dłuższą chwilę później jesteśmy pod bramą tulipanowego raju. 



ludziiiii ogrom. rzeka. tłum. ale co się dziwić - możliwości odwiedzenia tego miejsca są ograniczone (w tym roku 19/03-10/05, zawsze trzeba sprawdzać, kiedy planowane są terminy otwarcia ogrodu na dany rok), więc tłumy są nieuniknione. bierzemy małą mapkę i ruszamy przed siebie, płynąc wraz z tłumem. Keukenhof został założony w 1949 r. z inicjatywy L. J. M. van den Berg, ówczesnego burmistrza miasta Lisse, by okoliczni ogrodnicy i hodowcy kwiatów mogli prezentować swoje rośliny. pierwsze otwarcie ogrodu dla zwiedzających odbyło się w 1950 roku. miejsce to jest domem dla ponad 800 gatunków tulipanów (co ciekawe tulipany do Holandii przywędrowały z Azji), a co roku sadzone jest ok. 7 000 000 cebulek tych kolorowych roślin. 


ogród składa się z wielu kompozycji, przypominających misternie tkane dywany, niektóre rabaty są przeplatane hiacyntami, co sprawia, że obszar ten przepięknie pachnie. dodatkowo można spotkać wiele innych wiosennych odmian kwiatów jak narcyzy, żonkile, fiołki. zwiedzać można pieszo, można także wybrać się na rejs łódką po kanałach. na miejscu dostępne są różne pawilony z tematycznymi wystawami, strefami gastro, toaletami. wszystko doskonale oznaczone z obsługą pomocną na każdym kroku. jednym z pawilonów, który mnie urzekł to Julia - storczykarnia, gdzie mnogość gatunków, barw i aranżacja tego miejsca jest niesamowita. 


zawsze, ale to zawsze powtarzam, że ja mam szczęście do pogody. nawet jeśli pada deszcz to on nadaje danej lokalizacji klimat. i tak było też tym razem. spodziewałyśmy się przelotnych opadów, więc zaopatrzone byłyśmy w pelerynki przeciwdeszczowe. w pewnym momencie, widząc, że niebo robi się coraz bardziej pochmurne - myślę sobie, że ten deszcz musi spaść. wtedy ta rzeka ludzi popłynie do wyjścia, a my zostaniemy same :D iiiii tak też się stało. jakiś większy opad spadł w czasie, gdy poszłyśmy uzupełnić trochę straconych kalorii, a jak posilone ruszyłyśmy dalej - alejki mocno opustoszały. może nie całkiem zupełnie, ale na tyle, że można było w spokoju kontemplować piękno miejsca. 


nieuchronnie zbliżała się 19 - pora zamknięcia Keukenhof i pora powrotu do Amsterdamu. jak przyjechałyśmy na miejsce popołudniu - kolejka na powrotny autobus miała ok. 200 m. jak wychodziłyśmy wieczorkiem - bez problemu załapałyśmy się na najbliższy. 


ogólnie muszę powiedzieć, że nasze szczęście do komunikacji miejskiej nas nie opuszczało. na ogół jak tylko wpadałyśmy na stację metra, to za minutę była kolejka (nawet w przedziałach czasowych, gdzie pociągi jeździły rzadziej). wszędzie udało się zdążyć. jedyny czas w pośpiechu to sobotnie południe z uwagi na opóźnienia autobusu, a potem... chiiiiiillllll. 

ok. 20 wracamy do centrum Amsterdamu, łapiemy metro w kierunku Bijmler i idziemy szukać naszego hostelu (Hostelle - hostel tylko dla kobiet). tym razem lądujemy w 12 osobowym, różowym w motyw pączków - pokoju. wchodzimy - drzwi otwarte na oścież i czuć zapach zioła. jedna z lokatorek mówi, żeby zostawić drzwi uchylone - niech się pokój wietrzy, bo śmierdzi trawą. trochę się wywietrzyło, ale jak wbiła współlokatorka z łóżka nade mną - znów pojawił się specyficzny ziołowy zapach :D zdecydowanie oprócz przylotniskowej gnojówki i keukenhofskich hiacyntów - Holandia (dla mnie) pachnie jeszcze marihuaną. 

niedzielę zaczynamy niespiesznie. ok. 9 wyruszamy z hostelu w kierunku stacji metra, a dalej De Pijp. spacerujemy tu i tam podziwiając kanały. przy Rijskmuseum polujemy na lokalny street-food w ramach śniadania. ja się skusiłam na hot-dog, Gosia croissanta, do tego kawa. i wystawiając nosy do słońca podziwiamy okolicę. 


przed południem mamy zaplanowane odwiedziny u Vincenta - czyli wbijamy do Muzeum Van Gogha. 3 poziomy ekspozycji twórczości Van Gogha, jest też sporo obrazów innych artystów (w tym widziałyśmy 2 dzieła Claude'a Moneta). nie znam się na sztuce, ale lubię żywe, kolorowe obrazy, a Van Gogh słynął z zabawy kolorami. miałam okazję podziwiać jego dzieła w wydaniu 3D, byłam na cudnej wystawie immersyjnej w Londynie - teraz pora spojrzeć na oryginały. Van Gogh słynął z autoportretów. mnie zdziwiło jak 'płodnym' artystą był, bo ilość obrazów, które potrafił namalować jednego roku jest zaskakująca (pozostawił po sobie ok. 900 dzieł, co na 10 lat aktywności daje średnio 90 dzieł w rok). ja najbardziej czekałam na Słoneczniki. dreptamy po wystawach, czekam i czekam, ostatnie piętro, ostatnia sala, a żółtych badyli jak nie było tak nie ma. myślę sobie - oszukali mnie! ale doczytałam w końcu, że są na wystawie tymczasowej na parterze. śmiałam się potem, że w sumie dobrze, że jej nie odwiedziłyśmy na dzień dobry, bo jakbym zobaczyła Słoneczniki - mogłabym już opuścić muzeum :D na pamiątkę kupiłam sobie (uwaga, uwaga!) kubek w słoneczniki. bilety także i tutaj warto kupić on-line z wyprzedzeniem, unika się wtedy rozczarowania, że nie ma już wejściówek na dany dzień. 


od Vincenta ruszamy w miasto i obszar kanałów. Amsterdam to miasto mostów i kanałów, łódek, wąskich kamieniczek (fasady są wąskie - to pozostałość po konieczności płacenia podatku, liczonego na podstawie szerokości frontowej fasady). charakterystyczne w architekturze miasta są też belki wystające poza obrys budynku, z hakiem. ułatwiają transportowanie np. mebli do mieszkań (wąska fasada = wąskie schody i trudność we wnoszeniu domowego wyposażenia). 

nagle moją uwagę przykuwają łódki pływające po kanałach, płaskodenne, podobne jak w Kopenhadze, ale... na tyle mają coś, co wygląda jak WC :D idę do kasy biletowej i pytam, czy łódki są wyposażone w WC, pani mówi, że tak :D drugie pytanie - kiedy najbliższy rejs - za pół godziny. świetnie - poproszę dwa bilety :D kto z Zielnicką kibla nie szukał, ten życia nie zna... najlepiej, dla spokoju mojej głowy, do każdego środka lokomocji doczepić toi-toi i możemy ruszać na koniec świata. w przeciwnym razie - moją mapę podróży wyznaczają dostępne po trasie toalety. na ogół po prostu wystarczy  świadomość,  że są... :D 

przed rejsem parkujemy w okolicznym pubie i zamawiamy lokalny trunek zwany Heineken. nie jestem fanką jasnych piw, ale będąc w Holandii należy spróbować wszystkich lokalnych możliwości. 

13.30 wbijamy na pokład łódki i ruszamy w rejs po kanałach. niezmiennie uważam, że jest to rewelacyjna droga, by poznać miejskie smaczki i zobaczyć lokalny świat z innej perspektywy, docierając często w miejsca, gdzie pieszo by się nie dotarło. rejs trwał 70 minut, w uchu audio guide, a dookoła cudne kadry. 


po rejsie ruszamy dalej na spacer, tym razem w kierunku Targu Kwiatowego. kupuję cebulki tulipanów dla mojej Zielonkowej i małymi krokami zmierzamy w kierunku stacji metra. rzecz jasna im bliżej, tym bardziej stwierdzam, że trzeba znaleźć WC, więc jeszcze się kręcimy w poszukiwaniu Mc Donald's. ahhh mówiąc o Mc Donald's zapomniałam dodać, że kontynuowałam swoje badania naukowe nad cheesburgerami (tytuł pracy: cheesburgery dookoła świata). wszędzie - tak i w Holandii smakują zaskakująco podobnie :D 

wbijamy w metro i przebijamy się na totalnie drugi koniec miasta na stację Sloterdijk, skąd mamy Flixbus do Maastricht. autobus o czasie, pan na wstępie informuje, że toaleta jest wyłączona z użytku z uwagi na zmianę trasy poprzedniego kursu i brak możliwości jej opróżnienia na trasie. mój mózg nie lubi tej informacji i już opracowuje plany awaryjne, jak przetrwać 3 godziny... :D na kolejnej stacji dosiada się pokaźna grupa młodzieży z Włoch. jedna z dziewczyn dosiada się do mnie. spogląda w moją stronę i pyta czy mówię po włosku. mówię, że nie, ale angielsku. wzrusza ramionami, więc zaczynamy konwersację na Google Translate :D pytam skąd jest, odpowiada - Trapani. myślę sobie - coś mi to mówi, po czym nagle oświeca mnie, że przecież to moja kolejna destynacja :D zaczynamy wymianę zdań, proszę o lokalne polecajki. potem trochę o życiu, po czym zatapiamy się każda w swój świat. w sumie ona też w mój - komentując zdjęcia, które z nudów selekcjonuję w telefonie. zaaferowana całą sytuacją odsuwam myśli o niedziałającym sraczu i bez większych przygód docieramy do Maastricht. 

jest już przed 23, a zameldować na naszej łajbie możemy się do 23.30, więc zamawiam nam Ubera i wysiadamy nad brzegiem Mozy drepcząc do naszego The Boatel. w recepcji wita nas pan w stylu hippisowskim, którego z uwagi na specyficzny uśmiech nazwałyśmy Myszorem, dopłacamy do śniadania na rano i idziemy pod pokład szukać kajuty. pokój mały i ciasny, ale własny, z mikro łazienką i toaletą, która była całkiem rozmowna, co jakiś czas bez powodu warcząc (chyba kwestia jakiegoś młynka/filtra). zostawiamy rzeczy i idziemy jeszcze na krótki spacer po okolicy, się trochę dotlenić. 

po północy i dniu pełnym wrażeń - padamy jak muchy. nagle, po 4, budzi nas syrena alarmowa. mówię do Gosi, żeby wyłączyła budzik, aczkolwiek wydawał mi się nieco za głośny. Gosia zdezorientowana, że to nie jej budzik i co się dzieje. mówię, żeby włączyła światło, szukam okularów i myślę czy to oznacza, że mamy się ewakuować. kminię w głowie czy się ubierać, czy zawijać w kołdrę, że może bym buty ubrała, a może kurtkę i wzięła plecak, tuptam w koło jak pingwin po zniesieniu jaja. finalnie decyduję się otworzyć drzwi na korytarz. dwie starsze Niemki w pełnym rynsztunku z plecakami na grzbietach wychodzą, a ja i jakiś kolo z kajuty obok, stoimy zdezorientowani co tu robić... finalnie ktoś krzyczy, ze to fałszywy alarm, więc powracam do łóżka i przez jakiś czas próbuję technikami oddechowymi umiarowić rytm serca :D finalnie myślę, że jeśli ten alarm nie okazałby się fałszywy - albo byśmy się spaliły albo utonęły :D i to wcale nie jest śmieszne...

poniedziałek, mimo nocnych perturbacji, zaczynamy na spokojnie, zbieramy się do kupy, idziemy na małe śniadanie z widokiem na Mozę, obserwujemy przepływające barki, po czym dziękujemy za gościnę i ruszamy przed siebie. okazuje się, że jesteśmy dosłownie kilka chwil od starówki. 


Maastricht to jedno z najstarszych miast w Holandii, położone na południu kraju nad rzeką Mozą. słynie z pięknej starówki, zabytkowych kościołów oraz klimatycznych uliczek. miasto odegrało ważną rolę w historii Europy, ponieważ podpisano tu Traktat z Maastricht - akt założycielski Unii Europejskiej. Traktat z Maastricht (podpisany w 1992 r.) wprowadził nazwę Unia Europejska, rozszerzył współpracę państw (np. o politykę zagraniczną) i zapoczątkował drogę do wspólnej waluty euro. Maastricht jest także ważnym ośrodkiem akademickim, w którym znajduje się renomowany Uniwersytet w Maastricht. to także doskonała baza wypadowa np. do Akwizgranu w Niemczech, czy Liege w Belgii. miasto jest świetnie skomunikowane z Amsterdamem, Brukselą. 


spacerujemy to tu, to tam, w pewnym momencie moją uwagę przykuwa budynek kościoła, ale jakoś tak we wnętrzu widzę jakiś ruch - ludzie wchodzą, wychodzą, jakieś takie jakby stoiska w środku. zbliżamy się do wejścia i okazuje się, że to świątynia zaadaptowana na ogromną księgarnię. w takiej świątyni mogłabym spędzać sporo czasu. wnętrze jest klimatyczne, a w miejscu dawnego prezbiterium jest zrobiona kawiarnia. mega klimat! 

powoli czas nam się kurczy, przebijamy się powoli na drugi brzeg Mozy, wbijamy jeszcze do Mc Donald's na jakąś przegryzkę, do sklepu z serami po małą pamiątkę i lokujemy w okolicy dworca. autobus nr 30 mamy za 20 minut, więc ideolo. stopniowo oswajamy myśl, że pora wracać. wysiadamy pod terminalem, idziemy na kontrolę bezpieczeństwa (mój przemycany w kieszeni kurtki ser Gouda przykuwa uwagę pani z kontroli) i czekamy cierpliwie na naszą różową landrynkę. lot spokojny, bez turbulencji, o czasie siadamy na lubelskim lotnisku i kończymy niderlandzką przygodę. 


Holandia podobnie jak kraje skandynawskie jest totalnie moim krajem. estetyka i spójność zabudowy, brak paskudnych bilbordów i szyldów od Sasa do lasa, wszędobylskie rowery, śmiejące się nad głowami mewy. do tego uprzejmi ludzie. wiem, że to kraj, który mierzy się z wieloma wyzwaniami jak niedobór mieszkań czy kwestie migracyjne, ale na pierwszy rzut oka - dostępność i innowacyjność sprawiają, że kraj wydaje się być idealnym do życia. 

niedziela, 16 listopada 2025

moje małe greckie wakacje - Saloniki

odkąd pamiętam (no dobra, od czasów lekcji historii starożytnej) marzyłam, żeby wybrać się do Grecji. jednak lata mijały, a ta destynacja ciągle w sferze marzeń. może też dlatego, że po drodze odwiedziłam miejsca, o których pewnie nigdy bym nie pomyślała, a dużo straciła. i z perspektywy myślę, że ta moja droga do niej była dość kręta i długa (co najmniej proporcjonalnie długa jak limuzyna, którą dotarłam na lotnisko), ale! w końcu! I've made it! :D 

ten wyjazd miał tyle pozytywnych zbiegów okoliczności, że nie mógł się nie udać. plan na Saloniki zrodził się latem, w trakcie wizyty znajomej Turczynki, która jeszcze przez kilka miesięcy stacjonuje w słonecznej Grecji kończąc studia. wpadła nam do głowy myśl, że może wybrałabym się do niej z rewizytą, może jesienią. potem Znajomy zaproponował koncert Roxette (tak, tak zespół istnieje, z nową wokalistką) w Budapeszcie i tak zaczęłam analizować na ile się to da połączyć. a że ja w logistykę podróżniczą to umiem - lepszej układanki nie dało się wymyślić. 

z Warszawy w tym terminie, na tej trasie low costy już nie fruwają, więc patrzę za alternatywą. Kraków! no ideolo. za 3 loty - Kraków-Saloniki, Saloniki-Budapeszt, Budapeszt-Warszawa płacę 397 zł. standardowo - lecę z małym plecakiem, co by nie dopłacać za bagaż, bo moje spostrzeżenia są takie - że im więcej podróżuję, tym uznaję, że mniej rzeczy potrzebuję, a przede wszystkim - nie chce mi się taszczyć walizek i tracić czasu na nadawanie czy odbiór bagażu (czyste lenistwo połączone z wygodnictwem). 

pierwszy etap podróży to pociąg z Lublina do Krakowa (a w zasadzie Miechowa skąd odbiera mnie moja Rodzina). spędzamy razem wieczór i poranek, i pora zbierać się na lotnisko. zupełnym zbiegiem okoliczności, znajomy mojej Sis jedzie po klientów do krakowskich Balic, o czasie kiedy ja powinnam się tam znaleźć. zatem na terminal odlotów zajeżdżam wielkim Hummer Limo. mimo mojej dość ekstrawertycznej natury, przykuwanie uwagi sprawia, że raczej się peszę niż błyszczę, więc wyjście z limuzyny (do tego z jakąkolwiek gracją godną środka lokomocji) stanowi dla mnie niemałe wyzwanie. wzrok gapiów sprawia, że na mój różowy plecak i turkusową kurtkę mam ochotę przyodziać pelerynę niewidkę :D żegnam się z Rodziną i uciekam szukać, z której bramki odlatuje mój (no)private jet. przynajmniej na karcie pokładowej mam swoje private seat z określonym numerem, więc chociaż tyle luksusu i pewności, że powinnam polecieć :D 


lot do Salonik spokojny, lądowanie dość szorstkie. wybywam z samolotu i idę szukać autobusu do centrum. Grecja to nie Skandynawia i punktualność komunikacji miejskiej nie jest jej najmocniejszą stroną. początek podróży zapowiada się ciekawie. jak udało się cały tabun ludzi wcisnąć jak sardynki, do puszki na kółkach, to pojawił się problem z hamulcami i ruszeniem. kierowca jednak się nie poddaje i w końcu po mału toczymy się do przodu. modlę się tylko, żeby te hamulce jednak nie postanowiły się zbuntować po trasie, bo będę jedną z pierwszych, która staranuje przednią szybę i pofrunie w przestworza niczym Ikar... Znajoma czeka na mnie na jednym z przystanków w połowie drogi do centrum. 

decyzja zapada, że najpierw idziemy coś zjeść. posilone ruszamy przed siebie, w kierunku morza - Zatoki Termajskiej i promenady. jest już po zachodzie słońca, temperatura ok. 20 stopni. idziemy słuchając koncertu cykad i obserwując jak Grecy spędzają piątkowy wieczór. dochodzimy do słynnych parasolek, które obok Białej Wieży stanowią symbol miasta. Biała Wieża to XVI-wieczna budowla obronna wzniesiona przez Osmanów, która niegdyś pełniła funkcję więzienia i elementu fortyfikacji miejskich. kilka pamiątkowych fotek i idziemy dalej.

idąc na chwilę w temat samego miasta - Saloniki to drugie co do wielkości greckie miasto. Grecy nieformalnie nazywają je współstolicą, ponieważ jest ośrodkiem administracyjnym Macedonii-Tracji. to także miasto, w którym przecinają się szlaki handlowe i komunikacyjne, a jednocześnie duży ośrodek naukowo-akademicki. 


po mału wkraczamy w centrum i tętniący życiem Plac Arystotelesa. to najbardziej reprezentacyjne miejsce miasta, zaprojektowane po pożarze w 1917 r. przez francuskiego architekta Ernesta Hébrarda, a charakteryzuje się półkolistymi, neoklasycznymi fasadami. stąd zmierzamy na przystanek i do domu. 

sobotę zaczynamy od zaserwowanego przez Znajomą grecko-tureckiego śniadania. warzywa, grecka oliwa, mix świeżego pieczywa i serów. uczta dla podniebienia. 

około południa ruszamy na podbój miasta. zaczynamy od wycieczki do Heptapyrgionu, czyli cytadeli położonej na wzgórzu, nad górnym miastem, która stanowi najważniejszą część dawnych fortyfikacji bizantyjskich i osmańskich. choć nazwa oznacza Siedem Wież, kompleks w rzeczywistości posiada ich więcej, a jego obecny kształt jest wynikiem licznych przebudów od IV wieku aż po czasy osmańskie. przez znaczną część swojej historii Heptapyrgion pełnił funkcję więzienia — słynącego z ciężkich warunków — aż do lat 80. XX w. 




dzisiaj przejęty przez Urząd ds. Zabytków stanowi muzeum, do którego warto zajrzeć choćby po to, by podziwiać przepiękną panoramę na zatokę - a przy odrobinie szczęścia - Górę Olimp, która nieśmiało wyłania się zza chmur. dodatkowym atutem miejsca są koci przewodnicy, którzy wyłaniają się co rusz z różnych zakamarków twierdzy.



potem stopniowo schodzimy w dół, do centrum miasta, aż docieramy w okolicę Muzeum Atatürka. mieści się ono w domu, w którym w 1881 roku urodził się Mustafa Kemal Atatürk, założyciel współczesnej Turcji. budynek został odrestaurowany i urządzony tak, by oddawał wygląd z końca XIX i początku XX wieku, a w jego wnętrzu znajdują się pamiątki, fotografie i dokumenty związane z życiem Atatürka. to jedno z najważniejszych miejsc pamięci dla Turków odwiedzających Saloniki. vis a vis muzeum jest turecka kawiarenka prowadzona przez przyjaciół Znajomej, zatem wstępujemy na kawę po turecku i tradycyjne greckie (macedońskie) ciastka migdałowe - kavala

posilone wędrujemy jeszcze w poszukiwaniu kilku ważnych punktów na mapie Salonik, a bardzo oddających klimat miasta. mijamy Rotundę i kierujemy się w kierunku Łuku Galeriusza, który wzniesiono na początku IV wieku, a upamiętnia zwycięstwa cesarza Galeriusza nad Persami. monument tworzył kiedyś część reprezentacyjnej drogi łączącej jego pałac z Rotundą. to, co przykuwa uwagę to imponujące reliefy przedstawiające sceny bitewne i triumfalne, stanowiące jedno z najważniejszych dzieł sztuki rzymskiej w Grecji. sztukę doceniają też okoliczne gołębie, co można zaobserwować na zdjęciu :D 


jak mowa o Galeriuszu to nie sztuka nie wspomnieć o tej postaci. Galeriusz (ok. 250–311 n.e.) był cesarzem, rzymskim władcą, jednym z tetrarchów systemu rządów czterech cesarzy w późnym Cesarstwie Rzymskim. zasłynął przede wszystkim swoją polityką wojenną przeciwko Persom oraz prześladowaniami chrześcijan, a także z fundacji monumentalnych budowli w Salonikach, które miały podkreślać jego władzę i zwycięstwa. jedną z kolejnych pozostałości po jego czasach są ruiny Pałacu Galeriusza - obecnie można zobaczyć fragmenty fundamentów, mury oraz pozostałości reprezentacyjnych sal i dziedzińców, które świadczą o ogromie i okazałości kompleksu.

to, co jest bardzo charakterystyczne w architekturze miasta to pozostałości po kulturze bizantyjskiej (jak kiedyś jeszcze odwiedzę to miasto to na pewno zajrzę do Muzeum Bizntyjskiego, na które zabrakło mi czasu). jednym z najbardziej charakterystycznych obiektów jest Agia Sophia. to bizantyjski kościół z VI wieku, wzorowany na słynnej Hagia Sophii w Konstantynopolu (Stambuł), który jest jednym z najważniejszych zabytków w mieście. budowla łączy elementy wczesnochrześcijańskie i bizantyjskie, a jej wnętrze zdobią zachowane mozaiki przedstawiające sceny religijne. przez wieki pełniła różne funkcje — od kościoła chrześcijańskiego, przez meczet w czasach osmańskich, po obiekt muzealny i miejsce kultu, stanowiąc kluczowy punkt historyczny i turystyczny Salonik. 

po drodze wstępujemy jeszcze do kilku innych świątyń, m.in. do kościoła Matki Bożej Dexia. to mały, zabytkowy kościół znany ze swoich ikon i tradycyjnej bizantyjskiej architektury, oprócz pięknego wnętrza moją uwagę przykuwają charakterystyczne długie, cienkie, woskowe świeczki, które wierni zapalają w intencji z którą przychodzą do świątyni. 

zastaje nas już późne popołudnie, a wieczór czeka nas długi, z kolejnymi atrakcjami, więc pora na małą sjestę w domu. 

na 20.30 mamy rezerwację w Kalamarii, w jednej z lokalnych tawern. za 35 euro/osoba dostajemy cały stolik pysznego jedzenia - m.in. kalmary, krewetki, rybę wędzoną, sałatkę, pieczywo, lokalne pasty do chleba, a na zapitkę tsipouro - lokalny destylat winogronowy (bez anyżu w przeciwieństwie do znanego w Grecji ouzo). uczta dla podniebienia to jedno, a w tle uczta dla duszy. muzyka na żywo lokalnej kapeli, która gra greckie melodie z mandoliną w tle, a z uwagi na tureckich gości - także tureckie utwory. więc mam 2w1 - bo raz obserwuję greckie pląsy, a raz tureckie i rozpływam się nad tą muzyką. wieczór umila nam także właściciel restauracji, Andreas, który większą część wieczoru spędza przy naszym stoliku z uwagi na lokalne znajomości mojej Koleżanki. dzień kończymy grubo po północy. 

niedzielny poranek upływa nam spokojnie i leniwie. plan jest taki, by podjechać do Kalamarii za dnia i pochillować na plaży. miejsce ciche, spokojne, zadziwia mnie niemal zerowa obecność fal na morzu. może dlatego, że to zatoka. to, co trzeba uczciwie przyznać to plaże w okolicy Salonik nie robią egzotycznego wrażenia. ale mnie zachwycają żaglówki na horyzoncie, małe muszle i zielone makroglony, o wdzięcznej nazwie dead man's finers - zielone palce morskie, przypominające kolorem i konsystencją żelki. 


upajam się morskim powietrzem i ruszamy w kierunku lokalnej kawiarenki. zamawiam capuccino i kilka rodzajów baklawy. baklawa, słodka, smaczna, aczkolwiek moja najulubieńsza to ta z Libanu, którą jeden z pracowych Znajomych co jakiś czas nam dostarcza. 

to, co jeszcze m nie w Grecji urzeka i przyciąga na każdym kroku to koty. są wszędzie, żyją swoim życiem, chodzą swoimi ścieżkami. niektóre bardziej ufne i skore do głaskania, inne trzymające dystans.


mój grecki czas dobiega końca i zmierzam na lotnisko. tam małe zakupy w strefie bezcłowej, przepakowanie niewielkiego dobytku i fruuuu w kierunku Węgier.

myślę sobie, że ten wyjazd był pierwszym, milowym krokiem w kierunku głębszej eksploracji Grecji. i mam nadzieję, że wrócę tu prędzej niż później... :)