piątek, 22 września 2017

Wojak Szwejk




4.00 pobudka, pakujemy się w żabę i pędzimy co tchu do Rzeszowa na dworzec PKP. w plecaku zapas kanapek, herbata w termosie, przekąski, owoce, książka, kilka eurasów. no i nieodłącznie aparat. 

5.53 czerwono-żółta gąsieniczka z logo województwa podkarpackiego rusza w swoją międzynarodową podróż. dzisiaj w planie: Medzilaborce. 






sam w sobie cel wycieczki nie porywa, ale w tej mikrowyprawie najważniejsze - co będziemy podziwiać za oknem. a trasa biegnie przez malownicze obszary Pogórza Czarnorzecko-Strzyżowskiego, Beskidu Niskiego i obrzeżem Bieszczad. 

najpierw w okolicy stolicy Podkarpacia podziwiamy wschód słońca i skąpane we mgle łąki. pięęęeknie. ale radość nie trwa długo. im bliżej doliny Wisłoka, tym mgła robi się coraz bardziej gęsta, coraz bardziej mleczna, a okolica w odległości kilkunastu metrów od torów staje się niebytem w mlecznej krainie.







mijamy Strzyżów, potem długo długo dłuuuugo mglista nicość, aż pociąg zatrzymuje się Jaśle. od Jasła dane nam jest podziwiać hasające sarny i zające oraz rafinerię w Jedliczu. w okolicy Krosna panoramę zdobią farmy wiatraków i coraz większe pagórki. następnie Sanok i Zagórz, gdzie przez chwilę udaje się dojrzeć ruiny klasztoru karmelitów bosych.










następnie zaczynają się pojawiać panoramy przedbieszczadzia i przełomu Osławy. dojeżdżamy do Komańczy, a dalej do Łupkowa - ostatniej stacji po polskiej stronie. miejscem granicznym jest tunel, z którym związane są legendy o Wojaku Szwejku. część trasy pokrywa się z obszarem jego działalności, stąd też nazwa pociągu Wojak Szwejk






minąwszy tunel, pociąg mozolnie pokonuje niewysoką Przełęcz Radoszycką i po 4,5 h podróży dumnie wkracza do Medzilaborzec. 

Medzilaborce nie są bardzo atrakcyjnym punktem na mapie Słowacji. jednakże jest tu kilka miejsc godnych uwagi. 

dla fanów Andy'ego Warhola nie lada gratką będzie wizyta w muzeum poświęconemu artyście. my z tej atrakcji nie korzystamy, ponieważ dość dokładnie zapoznaliśmy się z jego twórczością w trakcie wystawy w PKiN w czerwcu. ale skąd muzeum tejże postaci na słowackiej prowincji? otóż rodzice artysty pochodzili z okolic Medzaliborzec, zatem staraniem mieszkańców postanowiono miasto utworzyć europejską stolicą Andy'ego. no cóż... czymś tu trzeba przyciągnąć turystów. 






na dworcu naszą uwagę przykuwają zabawne napisy w języku słowackim, ale także nazwy własne napisane rusińskim alfabetem. część mieszkańców to Rusini stąd też podwójna nomenklatura nazw miejscowości w okolicy. z dworca kolejowego drepczemy w kierunku centrum. mijamy wspomniane muzeum i idziemy szukać miejsca, gdzie można by wypić kawę. trafia nam się restauracja w późnokomunistycznym stylu, ale uprzejmy barman przynosi co trzeba i dba o klientów z należytą starannością. 







kolejnym punktem wyprawy jest cerkiew prawosławna pw. Świętego Ducha. jej bryła dominuje w panoramie miasta. do wnętrza udało się tylko rzucić okiem i na pewno, gdyby była sposobność zagłębić się tam na dłużej podziwalibyśmy bogato zdobiony ikonostas i freski. 







z okolicy cerkwi kierujemy się  do lodziarni na zmarzlinę, a dalej za oznaczeniami miniskanzen. intrygujące nazewnictwo odkryło przed nami na uboczu centrum minipark z miniskansenem. kilka miniatur wiejskich chat i cerkwi. wstęp niemalże za darmo, bo 0.7 E co daje ok. 3,5 zł. fakt, faktem, że większa kwota byłaby zdzierstwem, bo nie wiele można tam czasu spędzić czy się dowiedzieć na temat historii regionu. jednakże dla nas miejsce idealne do chwili odpoczynku, drzemki i opróżnienia nieco zawartości plecaka, w cieniu drzew. 








z miniskansenu wędrujemy znów do centrum i tym razem korzystając z map miasta - szukamy miejsca, gdzie można wszamać coś lokalnego. dobrze, że chociaż mapy są, bo o ludzi w sobotnie popołudnie trochę tu ciężko... z tubylców jedynie spotkać można Romów. ale oni niezbyt chętnie udzielają informacji. 






udaje nam się trafić do lokalnej knajpki, ale pan oznajmia, że za wiele do jedzenia zaoferować nie może, bo kucharka w weekendy nie pracuje. zatem co proponuje z tego co ma? ano knedliki z madziarskim gulaszem i prażony syr. idealnie! haluszków się nie spodziewałam, ale knedliki - czyli ciasto na bazie mąki pszennej lub ziemniaków, gotowane w osolonej wodzie i pokrojone w plastry - odgrzewane na parze - jak najbardziej nam odpowiada. zamówiliśmy i to, i to, bo knedliki to jedno, ale być na Słowacji i nie zjeść prażonego sera z hranolkami (frytkami) to grzech! ;) do tego - a jakże inaczej - tatarska omacka. a do picia - nic innego jak Kofola. 


posileni obiadem, poturlaliśmy się do Tesco po drobne zaopatrzenie w słowackie klasyki: Studentską, Kofolę i Zlatego bazanta. 


nasz czas na Słowacji powoli dobiega końca i kierujemy się na dworzec kolejowy, gdzie chwilę czekamy na poczciwego Wojaka Szwejka. 






kolejne 4,5 h podróży upływa najpierw na podziwianiu pagórków skąpanych w świetle zachodzącego słońca, a potem, gdy już noc spowiła okolicę - zatapianiu się w lekturze książki. 






o 22.15 meldujemy się w Rzeszowie, porywamy żabę i pędzimy do domu. 



pociąg kursuje w okresie wakacyjnym. koszt biletu to 26 zł na trasie Rzeszów-Medzilaborce (52 zł w 2 strony). 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz